Chyba w każdej rodzinie poranek wygląda podobnie.

Wstawaj! Umyj zęby! Ubieraj się! Szybciej! Jedz, bo się spóźnimy! Szybko! Za chwile musimy wyjść! Pospiesz się! 

I choć wydawanie komend wydaje się być wystarczające, by “pomóc” dziecku się szybciutko ogarnąć okazuje się, że to nie wystarcza. I nawet, gdy rozkazy powtórzymy nawet 1000 razy, bywa tak, że dziecko wcale nie umyje zębów, bo czas się skończy.

Czy poranek nie powinien wyglądać tak?

rodzina blog dziecko parenting liravibes

 

Uśmiechy, spojrzenia pełne miłości i akceptacji, błogi relaks i odprężenie. Nikt się nigdzie nie spieszy, nikt nie przewraca szklanki z mlekiem, nikt nie chlapie dżemem jagodowym na jedyną białą bluzkę w dzień galowy. Nie ma psa co żebrze o resztki jedzenia, kota co wskakuje na stół, taty, który wylewa swoją nienawiść do szefa na dzieci, mamy, która ma dość smug na oknach. Niestety, takie rzeczy, tylko na zdjęciach. 

W rzeczywistości poranek wygląda tak:

dziecko rodzina blog parenting liravibes

 

Chociaż powiem szczerze, rzadkością jest spotkanie się całej rodziny w jednym miejscu, o tej samej porze. Zwykle któreś z rodziców wychodzi jako pierwsze, by drugie mogło się oddać beztroskiemu wyprawianiu dzieci do szkoły. No i ten porządek… aż bije po oczach.

Gdy pora nauczyć dziecko punktualności…

No dobra, żarty na bok. Ponieważ temat nerwowych poranków jest moim zdaniem bardzo poważny.

Popędzanie, musztrowanie i niemiłe traktowanie dzieci jest czasem koniecznością, by na czas być w szkole, a później w pracy.

Wiem to, ponieważ pomimo troski o niezależność mojego dziecka, pozwalania decydowania mu o sobie w wielu kwestiach oraz pełnej akceptacji jego osoby, niektóre poranki w moim domu wyglądały jak w wojsku. 

Moja cierpliwość nadszarpnięta nieprzewidzianymi zdarzeniami w życiu, prowadziła do bardzo nieprzyjemnych sytuacji z samego rana (wieczorem też bywało różnie). Moje dziecko często słuchało rozkazów i zakazów. 

Oczywiście po wszystkim miałam wyrzuty sumienia, że zamiast dać dziecku z rana okazję do śmiechu i pozytywnych emocji, sprawiałam mu przykrość i powodowałam smutek na jego kochanej buźce.

Co gorsze moje ciągłe upominania nie przyczyniły się do nagłego olśnienia dziecka. Nie zaczął z dnia na dzień wstawać przed budzikiem i szykować się zgodnie z zasadami “dorosłych”. Wręcz przeciwnie!

Im więcej rozkazywałam, tym więcej rozkazów oczekiwał syn! 

W końcu zrozumiałam, że to droga donikąd. Najwyższa pora znaleźć sposób, by poranki z horroru zastąpić przyjemnym początkiem dnia.

 

Czas, by dziecko przejęło kontrolę nad… szykowaniem się do szkoły.

 

Trzy zasady pomogły mi zaprowadzić zmiany, na których tak bardzo mi zależało. Oto one:

 

Zasada nr 1 – Zrozumieć dziecko.

Jest świetny wiersz Danuty Wawiłow, który doskonale oddaje, to co myśli sobie dziecko:

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa! 
Szybko, zęby myj i ręce! 
Szybko, światło gaś w łazience! 
Szybko, tata na nas czeka! 
Szybko, tramwaj nam ucieka! 
Szybko, szybko, bez hałasu! 
Szybko, szybko, nie ma czasu! 

Na nic nigdy nie ma czasu? 

A ja chciałbym przez kałuże 
iść godzinę albo dłużej, 
trzy godziny lizać lody, 
gapić się na samochody 
i na deszcz, co leci z góry, 
i na żaby, i na chmury, 
cały dzień się w wannie chlapać 
i motyle żółte łapać 
albo z błota lepić kule 
i nie spieszyć się w ogóle… 

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno? 

 

Tak bardzo tęsknimy do dzieciństwa, ponieważ wtedy byliśmy tacy beztroscy. Nie przejmowaliśmy się godziną, pogodą, ani nawet kursem franka szwajcarskiego. Jest  to ten jedyny moment w życiu, gdy naprawdę można mieć wszystko w nosie i to jest wspaniałe. Każde dziecko powinno mieć ten czas. Wraz z rozpoczęciem się szkoły powoli to wszystko zanika. Godzina zaczyna mieć znaczenie i pogoda może zepsuć plany. 

Gdy dziecko chce kontemplować paproch na dywanie, bo jest pewne, że się poruszył my natychmiast ściągamy je na ziemię, szydząc z jego omamów. 

Dziecko nie ma w sobie chęci, ani umiejętności planowania i układania w głowie tego co, kiedy i po czym ma zrobić. Ono dopiero się tego uczy. Nasze rozkazy powodują tylko presję, a w takich nerwowych warunkach ciężko się czegoś nauczyć, czy coś zapamiętać. Zadanie wykonane, ale jutro znowu trzeba będzie o nim przypomnieć.

Gdy zrozumiałam, jak ważne jest oddanie dziecku możliwości samodzielnego nauczenia się punktualności, zauważyłam, że nareszcie dzieje się to, co chciałam wymóc upominaniem. Zrozumienie zachowania dziecka, akceptacja jego szybkiej dekoncentracji i braku myślenia logicznego, pomogło mi łatwiej znosić nieprzewidziane zachowania dziecka, a jemu dać miłość bezwarunkową, którą powinno mieć każde dziecko. 

Ciągłe musztrowanie bardzo obniża jego pewność siebie. Ono wie, że nie potrafi pamiętać o tym co ma za chwile zrobić i czuje się gorsze za każdym razem, gdy rodzic kręci głową z dezaprobatą. Przecież zależy nam, aby nasze dzieci były pewne siebie, bo da im to dużą przewagę w życiu, wiec nie możemy robić czegoś, co im tą pewność odbierze.

 

Zasada nr 2 – Dlaczego trzeba być na czas?

“Pospiesz się, bo się spóźnisz”, dla dziecka to znaczy tyle co nic. Póki co, to rodzic świeci oczami za dziecko i jego spóźnienia. W oczach nauczyciela jest to tylko słaba organizacja czasu mamy lub taty.

Dlaczego by tego dziecku nie powiedzieć?

Nawet kilkulatkowi można wytłumaczyć, że nam, rodzicom zależy na tym, by być wszędzie na czas. Punktualność jest bardzo ważna w życiu. Przez spóźnienie można mieć kłopoty, a nawet stracić coś bardzo cennego. Dlatego dopóki z nami będzie wychodzić z domu, będziemy zawsze starać się być na określoną godzinę.

A dlaczego trzeba być punktualnym?

Zanim padnie takie pytanie dobrze wykorzystać sytuację, kiedy dziecko czeka na gości jednak oni się spóźniają. Można wtedy zapytać jak się czuje, gdy koledzy, którzy mieli być na czas, spóźniają się lub wcale nie przychodzą. Może łatwiej mu będzie wczuć się w rolę osoby, do której on się spóźnia. Pomyśli sobie “pewnie jest mu przykro, siedzi i czeka na mnie, muszę się pospieszyć”.

Dziecko musi znać zasady, którymi sami się kierujemy w życiu. Jeżeli sami nie jesteśmy punktualni, nie mamy prawa wymagać tego od dzieci. Swoją postawą przekazujemy im najważniejsze wartości. Nasze słowa mają drugorzędne znaczenie.  

Musimy przypominać dziecku, jak ważna jest punktualność i doceniać każdy jego wysiłek, mający na celu punktualne przybycie na umówione miejsce. 

 

 

Zasada nr 3 – Jak stoimy z czasem?

No dobrze, skoro nie upominanie, rozkazywanie, hipnoza to co? Jak w takim razie zmusić dziecko do wstawania, mycia, ubierania, jedzenia i wyjścia z domu o wyznaczonej porze bez używania niemiłych słów ? 

Wystarczy pociągnąć dziecko do odpowiedzialności. Brzmi poważnie i tak też wygląda. 

Dlaczego to my mamy prosić dziecko, by wstawało do szkoły? Dlaczego ma nam robić łaskę, że odrabia lekcje? Co by się stało gdyby się spóźniło? Co się wydarzy, gdy nie odrobi lekcji?

W klasie mojego syna była sytuacja, która doskonale pokazała, jak złym pomysłem jest przejęcie odpowiedzialności za obowiązki szkolne dziecka. Wychowawczyni chcąc ułatwić rodzicom dopilnowanie dzieci, by odrabiały prace domowe, codziennie na grupie fejsbukowej zamieszczała informację o tym, co było zadane. Rodzice mieli tylko sprawdzić, czy dzieci rzeczywiście pamiętają o tym, co mówi nauczycielka na koniec lekcji. Jednak większość z nich zamiast liczyć na pamięć własnych dzieci, postanowiła polegać tylko na tym, co napisała nauczycielka, zupełnie pomijając wiedzę dziecka. Niektóre dzieci przestały przywiązywać wagę do zadawanych prac domowych, a w przypadku, gdy z jakichś powodów nauczycielka nie zdążyła zamieścić informacji na grupie, mówiły, że nie mają pracy domowej, bo nie było nic napisane na fejsbuku! Oczywiście zamieszczanie informacji o pracy domowej zakończyło się.

Dziecko w wieku szkolnym powinno powoli oswajać się z obowiązkami, a także czasem przeznaczonym na nie.

Musi przecież wiedzieć, o której godzinie zaczyna lekcje, o której kończy, ile ma przerw, kiedy idzie na obiad, a jeżeli jest już starsze musi także pamiętać o zajęciach dodatkowych.

Jeżeli dziecko nie zna się jeszcze na zegarku to jest to świetny moment na kupienie i rozpoczęcie użytkowania go. Najlepiej, gdy będzie elektroniczny, jednak wskazówkowy też da mnóstwo nowych, bardzo cennych informacji.

Gdy niedawno moja 6-letnia siostrzenica dostała zegarek, co chwila mówiła każdemu która godzina. Warto wykorzystać tą radość z posiadania nowego gadżetu do nauki. 

Zaczynamy od budzika. Niech dziecko samo ustawi sobie budzik w telefonie lub zegarku. Będzie podekscytowane, gdy go obudzi. Mój syn tak nie mógł się doczekać, że obudził się kilka minut przed dzwonkiem i czekał na sygnał do wstawania.

Następnie mówimy która jest godzina i ile mamy czasu na przygotowanie się do wyjścia.

Jeżeli dziecko wstaje o 7:00, to do 7:10 (lub gdy długa wskazówka będzie na 2) muszą być umyte zęby, a ubrania założone. 

Samo ma pilnować czasu, jeżeli się zagapi lub zajmie czymś innym wystarczy zapytać: Jak czas? i dziecko szybko wraca do rywalizacji z zegarkiem.

Kolejne zadania i kolejnych kilka minut na wykonanie. Gdy zostaje trochę czasu, to należy się odpoczynek lub inna przyjemność. Ważne, że najistotniejsze czynności zostały wykonane, można z uśmiechem i spokojem wyjść z domu.

Takim sposobem dziecko powoli przyzwyczai się do życia na czas. To smutne, ale konieczne, żeby być punktualnym, trzeba ciągle mieć rozeznanie w czasie. Poza tym dodaje w zakresie 60, a także powoli zaczyna rozumieć jak działa zegar wskazówkowy. Nie pomyli dużej wskazówki z małą, jak często się zdarza dzieciom w początkowej fazie nauki odczytywania godzin na zegarze.

 

Być może ta metoda przyczyni się do spędzenia przyjemnego poranka w rodzinnym gronie bez popędzania i straszenia dzieci karami za spóźnienia. Być może wzbudzi w dziecku poczucie odpowiedzialności i samodzielność. Może spodoba mu się możliwość panowania nad swoim życiem w tak ważnym momencie dnia. Samo zauważy, że jeszcze niedawny chaos został zamieniony na spokój i przyjemnie spędzony czas.

Dobrze by było, gdyby dziecko dowiedziało się od nas, jak uwielbiamy poranki pełne radości i uśmiechów, kiedy samo jest w stanie dopilnować swoich obowiązków.

Każdy z nas lubi być doceniony, wtedy jeszcze bardziej się staramy i nie chcemy zawieść osoby, która nas doceniła. 

Mam nadzieję, że moja metoda sprawdzi się w waszych domach 🙂

 

 

 

Photo by Jess Watters on Unsplash


Za chwilę w co drugim domu zacznie się wyścig. Będzie trwał do czerwca następnego roku, bo już wtedy wszystko się wyjaśni. Już będzie pewne, kto ma, jakie oceny i jaką średnią na koniec roku.

Większości rodziców interesuje się osiągnięciami szkolnymi swoich dzieci i starają się zachęcić je do uzyskiwania tych jak najlepszych. Oczywiście są i skraje sytuacje, gdy rodzice bezwzględnie wymagają od dzieci wyłącznie najlepszych ocen, jak i tacy, których to kompletnie nie interesuje i bynajmniej nie z powodu, wyrozumiałego podejścia do wychowywania dzieci.

Dlaczego rodzice chcą, by ich dzieci miały same szóstki w szkole?

Z pewności myślą, że dla ich dobra.

By miały w przyszłości dobrą pracę. Być może 20 lat temu dobre oceny pozwalały dostać się do dobrej szkoły, by tam dalej otrzymywać dobre oceny, które pomagały otrzymać “dobrą” pracę. Nasi rodzice wierzyli, że tylko ci, którzy mają dobre oceny mogą w życiu coś osiągnąć. Inni nie mają szans, no chyba, że mają znajomości…

Ok. Rzeczywiście dobre oceny pomogą być ekspertem w danej dziedzinie po studiach i o ile kierunek został wybrany przez samego studenta, a nie jego rodziców. Ma wtedy także dużą szansę, że będzie miał naprawdę dobrą pracę. Dobrą, czyli dobrze płatną, a co najważniejsze zgodną z jego zainteresowaniami.

Jednak zmuszając dziecko do bycia najlepszym we wszystkich przedmiotach, nie zważając na jego zainteresowania, ono z pewnością skończy studia z najlepszym wynikiem. Jednak zapewne takie, jakie wybiorą mu rodzice, ponieważ ono dążąc do bycia ideałem w każdej dziedzinie, nie będzie w stanie określić, czego chce w życiu, co lubi, co mu się podoba… zda się na rodziców, w końcu wszystko wiedzą najlepiej.

By były szczęśliwe. Niejeden rodzic przepytuje po praz setny dziecko z biologi, ale widząc u niego złość, nienawiść do biologii, znudzenie i kompletny brak zainteresowania recytowanym materiałem, myśli sobie- Teraz się złości, a za kilka lat mi podziękuje!

Część rodziców uważa, że zmuszając dziecko, by otrzymywało same najlepsze oceny robi im wielką przysługę, z której jeszcze sobie nie zdają sprawy.

Że kończąc liceum z samymi szóstkami pójdą na wymarzoną uczelnię, by kształcić się dalej, że ich życie to będzie pasmo sukcesów, bo czego się nie dotkną, to będą w tym najlepsi.

Myślą, że czerwone paski na świadectwach to przepustki do idealnego życia.

Czy rzeczywiście tak jest? Czy naprawdę tylko osoby, które miały same 6 są w życiu szczęśliwe? Czy tylko osoby, które miały świadectwa z czerwonym paskiem osiągają w życiu sukcesy?

Nie, wręcz przeciwnie.

Świetne oceny nie gwarantują dobrej pracy, nie zapewniają szczęścia w przyszłości. Coś innego o tym decyduje.

Jak szantażujemy dzieci, by miały bardzo dobre oceny w szkole?

Zwyczajnie karą i nagrodą. Pieniędzmi, ciuchami, sprzętem sportowym, wyjazdem lub zakazami, zabieranymi telefonami, kieszonkowymi, szlabanami. Zwyczajne, codzienne metody wychowawcze…

Chcemy, żeby dzieci się dobrze uczyły i nie wahamy się wytoczyć najcięższych dział, by tak było. Oczywiście najprzyjemniej jest nagradzać za dobre oceny, ale gdy trzeba ukarać to nie ma żadnych sentymentów.

Czy to aby dobry sposób, by sprawić, że dziecko zapała do nauki przeogromną miłością?

Niestety. Już większość zainteresowanych swoją rolą rodzica rodziców zdaje sobie sprawę, że nagrody i kary nie przynoszą oczekiwanego zwykle rezultatu. Owszem skłaniają człowieka, a zwłaszcza dziecko do pewnych zachowań, ale na krótką metę.

Jest to jednorazówka. Gdy chcemy, by dziecko znowu wyniosło śmieci, musimy mu znowu dać 2 złote. A gdy chcemy, by dostał po raz kolejny najlepszą ocenę to i nagroda musi być porządna.

Dzieci, szybko zdają sobie sprawę z tego na czym zależy rodzicom. Już nawet 2-latek doskonale zdaje sobie z tego sprawę, gdy wrzeszcząc na cały sklep, mama szybko wręczy mu to czego zapragnie, by tylko nie znosić pełnych politowania spojrzeń innych klientów.

Starsze dziecko, szybko zacznie wykorzystywać swoją pozycję i może na dobrych ocenach się nieźle wzbogacić.

Gorzej, gdy w grę wchodzą kary. Już samo rozczarowanie na twarzy rodzica, gdy na sprawdzianie jest zaledwie 4+, jest dla dziecka wystarczającą karą. Jednak rodzic dbający o jego “szczęśliwe” życie zapewne ograniczy komputer, kontakty z kolegami, z pewnością, coś ważnego dla dziecka.

Jak to odbiera dziecko?

Jestem słaby. Jestem beznadziejny. Staram się, ale nigdy nie będę dość dobry.

No niezły początek szczęśliwego życia…

Jak zatem sprawić, by dziecko osiągało jak najlepsze oceny w szkole?

Po pierwsze musimy wiedzieć, jakie możliwości ma nasze dziecko.

Oczekując od dziecka średniej 5,0 wierzymy, że poradzi sobie z każdą dziedziną. O ile w pierwszych klasach szkoły podstawowej może to nie być problemem o tyle w późniejszych klasach już tak.

Osoby, które mają świetne oceny z wszystkich przedmiotów zwykle mają doskonałą pamięć lub sposób zapamiętywania. Nikt nie interesuje się wszystkim naraz, by móc bez trudu pochłaniać każdą informację.

Dajmy dziecku możliwość zdobywania jak najlepszych ocen, ale w zgodzie z jego ambicjami i zainteresowaniami.

Po drugie musi wiedzieć, po co to robi.

Każdy przedmiot nauczany w szkole ma dać człowiekowi pewne informacje, które przydadzą mu się w życiu. Pisanie, czytanie czy tabliczka mnożenia nie wymagają argumentowania, ale budowa pantofelka???

Taki materiał powinien być zarezerwowany, dla pasjonatów danej dziedziny, którzy chcą poszerzać swoją wiedzę w danym obszarze.

Równania, funkcje trygonometryczne? Czy ktoś z nas używa tego na co dzień? Nasze dzieci też nie będą, a jednak nauczyć się muszą.

Coraz częściej mam wrażenie, że wiedza zdobyta w szkole podstawowej i liceum przydaje się tylko uczestnikom teleturniejów.

Wszystkie inne informacje zdobywamy poprzez zainteresowanie jakimś tematem, bombardujące nas newsy z mediów i rozmowy z przyjaciółmi i rodziną.

Zdając sobie sprawę z kompletnej nieprzydatności wielu “ważnych” tematów szkolnych, odpuśćmy czasem.

Wymagajmy od dziecka wykorzystywania jego potencjału w dziedzinach, do których ma serce. Jeżeli jest umysłem ścisłym nie oczekujmy szóstek z wypracowań, zwłaszcza, gdy widzimy, że się z nimi straszliwie męczy. Gdy natomiast uwielbia literaturę i pisze wiersze, dajmy dziecku spokój z fizyką i chemią.

Po trzecie musi mieć swoje marzenia.

Gdy dorosnę będę lekarzem- O jak pięknie, chcesz pomagać ludziom? – Nie, mama mi każe.

Chcę, by moje dziecko miało swoje marzenia i wykorzystuję je, by motywować je do nauki.

Gdy jako 4-latek marzył, by być śmieciarzem, a mi zależało, by uczył się angielskich słówek pytałam go, co zrobi, gdy jakiś Amerykanin zapyta go, kiedy w przyszłym miesiącu zabiera śmieci. Zastanowił się nad tym i od tej pory, gdy wyciągałam angielskie memory już nie było żadnych sprzeciwów.

Przez te wszystkie lata wymarzone zawody się zmieniały, ale znajomość języka angielskiego zawsze było konieczna.

Myślę, że o wiele łatwiej motywować dziecko do nauki wykorzystując jego własne marzenia, niż nasze, które im narzucimy.

Jedynie zrozumienie i akceptacja naszych dzieci pozwolą im być w przyszłości szczęśliwymi. Tylko to pomoże im wybrać pracę, która da im satysfakcję i spełnienia, a nie tylko pieniądze.

Ciągłe wymagania utrwalają w ich głowach, że nie są dość dobrzy. Gdy już dawno skończą szkołę, nadal będą się starać osiągać niemożliwe, ale nadal nie dla siebie..

Nikt nie osiąga 100% w każdej dziedzinie swojego życia. Będąc najlepszym w pracy często brakuje nam czasu na obowiązki domowe, a także dla rodziny. Czy dziecko wymawia nam, że oczekuje od nas większego zaangażowania w życie rodzinne?

Zanim zaczniemy wymagać od dzieci samych najlepszych ocen w szkole przemyślmy sobie, czy to na pewno da im szczęście…

 

 

 

 

Może Cię także zainteresować:

 

Zdjęcie Annie Spratt na Unsplash


Pierwszy dzień szkoły, zawłaszcza nowej, może wiązać się z dużym stresem. Nie tylko małe dzieci obawiają się tego momentu, ponieważ dla większości z nas początek czegoś nowego jest zwykle związany z niepokojem, a nawet dużym zdenerwowaniem.

Każdy dorosły zdaje sobie sprawę z konieczności wykonania tego pierwszego kroku, wie także, że później już będzie tylko lepiej. Małe dzieci jednak tego nie wiedzą. Jest im dobrze wśród osób, które znają i w miejscu, które daje im poczucie bezpieczeństwa.

Pierwszy dzień w szkole oznacza dla nich kompletną zmianę dotychczasowej rzeczywistości, ponadto nie rozumieją, że to tylko chwilowy niepokój, który niedługo może przerodzić się w coś bardzo ekscytującego. Nawet, gdy im o tym powiemy, mogą mieć duże wątpliwości lub całkowity brak wiary w poprawę sytuacji w przyszłości.

Jak pomóc dziecku pozytywie nastawić się na pierwszy dzień szkoły?

Nie tylko pierwszy dzień jest tu ważny, ponieważ ten jest dla dziecka w miarę znośny. Nie dość że jest tam z mamą, to jeszcze po niedługim czasie idzie do domu. Gorzej drugiego dnia, wtedy samo już musi zmierzyć się z nowymi doświadczeniami.

Sposoby, takie jak wspólny zakup plecaka, czy organizacja pokoiku (miejsca) do nauki może na moment pomóc zmienić postrzeganie szkoły przez dziecko, jako coś strasznego i sprawić, by zaczęło myśleć o niej w bardziej pozytywny sposób. Jednak tylko chwilowo zmieni się nastawienie dziecka. Niepokój związany z nieznanym nadal będzie dominował i niestety nie będzie nam łatwo ulżyć w tym dziecku.

Co możemy zrobić?

ROZMAWIAĆ

Często rozmowa z dzieckiem, to jak chodzenie po polu minowym, jedno nieodpowiednie słowo i cały wysiłek na nic.

Ciągłe przekonywanie dziecka, co do zalet szkoły jest w zasadzie zbędne. Ma ono swój wizerunek szkoły w głowie i dopóki się nie zacznie rok szkolny oraz pierwsza lekcja, nic tego obrazu nie zmieni.

Możemy za to wspominać swoje lata szkolne z radością i tęsknotą. Przedstawiać dziecku ten czas, jako najbardziej beztroski i pełen przygód. Opowiadać, co zmalowaliśmy i jakie mieliśmy przez to “kłopoty”. Możemy trochę ubarwić historie przedstawiając nauczycieli jako wyrozumiałych i pomocnych, nie to, że w rzeczywistości tacy nie są 😉

Każdy, nawet dorosły ma obawy przed pierwszym dniem na studiach, czy w nowej pracy. Mówimy do dziecka “Nie bój się, nie masz czego”, sami będąc na jego miejscu boimy się tak samo. Warto powiedzieć mu o tym, że każdy odczuwa podobnie w takim momencie i nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie. Opowiadając dziecku o naszych obawach oraz o tym, co wydarzyło się później, jak przyjemnie było po już na drugi dzień, z pewnością dodamy dziecku odwagi, ale także pokażemy mu naszą akceptację.

ODWRÓCIĆ UWAGĘ OD SZKOŁY

Jeżeli dziecko bardzo nerwowo reaguje na temat szkoły i wszystkiego co z nią związane, nie powinniśmy na siłę zabierać go na zakupy zeszytów i przyborów szkolnych ponieważ może to wcale nie wpłynąć na zmianę myślenia dziecka, a wręcz na zwiększenie jego niepokoju. Zamiast tego można na ostatnie tygodnie wakacji zaplanować najwięcej atrakcji lub pozwolić dziecku robić to, co sprawia mu największą przyjemność, byle tylko zniwelować towarzyszący mu strach.

W dzień nie pozwolić się dziecku nudzić, zarzucając go nowymi pomysłami do zabaw, gier i innych działań niedających chwili wytchnienia zadań, wieczorami czytać książki, które zawładną wyobraźnią dziecka i nie dopuszczą do niej strachów, związanych ze szkołą.

Dni dziecka będą wypełnione atrakcjami do tego stopnia, że nie zauważy, że zaczęła się szkoła.

Tak samo można zrobić, gdy dziecko wraca ze szkoły ze skwaszoną miną i twierdzi, że nigdy więcej tam nie pójdzie (o ile mamy pewność, że marudzenie dziecka jest tylko zwykłym kapryszeniem). Często rozmowy i przekonywanie nic nie daje. Dlatego warto okazać zrozumienie (Widzę, że dzisiaj nie podobało ci się w szkole…) i szybko przejść do koniecznych do wykonania zadań, zabaw, sprzątania itp. Byleby odciągnąć myśli dziecka od wyimaginowanych, negatywnych wspomnień związanych ze szkołą.

NIE PORÓWNYWAĆ DO KOGOŚ

“Jak ja byłam w twoim wieku, to sama musiałam iść na pierwszy dzień szkoły i to przez ciemny las, a ty idziesz ze mną, to czego ty się boisz?”

“Kasia z klatki obok w ogóle się nie przejmuje szkołą, a ty ciągle przeżywasz…”

Myśląc, że pokazując inne silniejsze charaktery zmotywujemy dziecko do tego samego.  W rzeczywistości stawiamy już mocno zestresowane dziecko pod jeszcze większą presją.

Każdy z nas inaczej reaguje na pewne sytuacje. Często się jednak zdarza, że dorośli porównują oceny dzieci, mimo że każde z nich ma inne predyspozycje i zainteresowania. Porównują osiągnięcia sportowe, mimo że każde ma inne możliwości. Zachowania dzieci także są porównywane, a przecież każde z nich powinno mieć prawo zachować się tak, jak pozwala mu na to jego osobowość.

Jeżeli jedno idzie do nowej szkoły bez strachu, nie oznacza to, że inne dzieci muszą być takie same.

Dając dziecku możliwość odczuwania własnych emocji. Nie narzucając mu określonych zachowań innych osób, okazujemy mu miłość bezwarunkową i akceptację, które są niezwykle ważne dla każdego dziecka.

POZNAĆ KILKA OSÓB Z KLASY I NOWĄ PANIĄ

Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mama wyjątkowo zaniepokojonego nową szkoła dziecka, poprosiła mnie o wizytę i dodanie otuchy przyszłemu uczniowi. Myślę, że większość nauczycieli nie miałoby nic przeciwko i sytuacja w pierwszych dniach szkoły byłaby łatwiejsza dla dzieci, ale także dla nauczyciela.

Wspaniale byłoby móc wcześniej zapoznać swoje dziecko i innymi, które będą chodziły do tej samej klasy. Myślę, że fejsbuk doskonale mógłby w tym pomóc.

Dziecko poszłoby do szkoły z dużo mniejszą ilością powodów do niepokoju, które szybko by minęły w ciągu kilku pierwszych dni szkoły.

TAJEMNY AMULET NA SZCZĘŚCIE

Każdy z nas z pewnością też taki miał ;), który bardzo pomógł podczas pierwszej klasy w szkole podstawowej, liceum, w pierwszej pracy…, a teraz może go w sekrecie podarować swojemu dziecku.

Może to być jakikolwiek drobiazg, który umieszczony w plecaku w najmniejszej kieszonce, będzie miał uspokajające działanie na dziecko.

Niezwykła historia pochodzenia amuletu doda mu jeszcze większego znaczenia w oczach dziecka. Wiara, w posiadanie czegoś tak niezwykłego blisko siebie, może zdziałać cuda.

Nie wszystkie dzieci z ochotą pędzą do szkoły. Nie każde jest śmiałe, odważne i chętne do mierzenia się z nowymi doświadczeniami. My rodzice musimy wpierać nasze dzieci w każdym momencie, by wiedziały, że mimo lęków i słabości są przez nas zawsze kochane i akceptowane.

Opór przed szkołą będzie wracał wielokrotnie i każdy z nas będzie musiał znaleźć swoje sposoby na zmianę nastawienia dziecka. Motywowanie dzieci do nauki, odrabiania lekcji, czy samego chodzenia do szkoły nie może zaczynać się pierwszego września. Jeżeli chcemy, by dziecko traktowało szkołę jako odskocznię do sukcesów, spełnienia marzeń, dobrego, szczęśliwego życia, sami powinniśmy mu ją tak przedstawiać.

Pierwsze lata nauki szkolnej dziecka wymagają naszego zainteresowania, sprawdzania, dopilnowania czasem pomocy. W późniejszym czasie uważamy, że dziecko jest na tyle duże, by samo o wszystko zadbało, dlatego nasze zainteresowanie spada.

W ciągu roku szkolnego nie zapominajmy o zainteresowaniu życiem szkolnym oraz obowiązkami dziecka, ponieważ wraz ze spadkiem naszego zaangażowania, tracić zapał do nauki i chęci do chodzenia do szkoły może również dziecko.

Musimy także z wyrozumiałością i powagą traktować problemy szkolne naszych dzieci. Dzisiaj z perspektywy czasu wiemy, że te nasze dziecięce problemiki były śmieszne, jednak wtedy bardzo jej przeżywaliśmy. Traktujmy dzieci poważnie i z szacunkiem jaki im się należy.

Myślę, że każdemu człowiekowi jest wtedy o wiele łatwiej mierzyć się z nawet najtrudniejszymi momentami takimi, jak pierwszy dzień szkoły.

 

 

Może Cie także zainteresować:

 

 

Photo by Renan Kamikoga on Unsplash


Zagrożona kreatywność.

Nasze dzieciństwo zmuszało nas do kreatywności. Patyk, kamień, kreda, kawałek asfaltu i zabawa trwała tygodniami! Obecnie dzieci nie muszą się wysilać, bo każdego rodzaju sprzęt niezbędny do zabawy, za który kiedyś robił znaleziony w niezwykłym kształcie patyk, można po prostu kupić.

 

Wrogowie kreatywności.

Przerażające jest to, że w sklepach oprócz normalnych zabawek typu lalka czy miś, są rzeczy dla dorosłych w wersji mini dla dzieci. Samochód na akumulator, prawdziwe mebelki dla lalek, prawdziwe miecze i strzelby na kulki. Nie trzeba sobie nic wyobrażać, czy samemu konstruować. Wszystko jest na tu i teraz. Dzieciaki mogą mieć, czego zapragną, a czego nie kupią to dooglądają w telewizji lub będą mogły sprawdzić się w symulatorze tej czynności w grze komputerowej.

Zatem panujący obecnie konsumpcjonizm, telewizja, Internet i gry komputerowe bardzo niekorzystnie wpływają na kreatywność naszych pociech, co oczywiście nie jest odkryciem Ameryki…  Jednak każdą z tych czynności, no oczywiście oprócz konsumpcjonizmu, można wykorzystać tak, aby jednak uzyskać jakieś pozytywne skutki. Nie jest to łatwe, bo trzeba być przy tym samemu kreatywnym! Jest jednak wiele gier logicznych, kolorowanek i zgadywanek. Są nawet aplikacje umożliwiające tworzenie muzyki lub ubioru. Dzieci niestety najczęściej o ich istnieniu nawet nie wiedzą.

Świetnie radzi sobie w zabijaniu kreatywności u dzieci szkoła. Sztywne ramy konkretnych treści nie przewidują rozszerzeń o informacje, które naprawdę interesują dzieci. To już powinny zagłębiać same, a najlepiej z rodzicami. Oczywiście najpierw ucząc się i odrabiając prace kompletnie nie związane z zainteresowaniami. Nauczyciele nie pozwalają na zadawanie pytań nieco odbiegających od tematu (bo oni i tak ledwo mogą się wyrobić z programem!) i uczą zazwyczaj w sposób, który zniechęca dzieci do nauki, zamiast zachęcać.  Ogólnie wszystko niezmiennie działa według wypracowanych wieki temu schematów. Może nauczanie domowe okazałoby się lepszym rozwiązaniem w rozwijaniu kreatywności w trakcie nauki.

Ale pomijając żer sklepów na naszych niespełnionych marzeniach z dzieciństwa i nieudolny program nauczania wrócę do meritum.

 

Przeczytaj artykuł: “Dam dziecku wszystko, to czego sam nie miałem w dzieciństwie.”

 

Po co człowiekowi pomysłowość?

Kreatywność jest równie istotna jak wysoka inteligencja.

Gdy inteligencja odpowiada za zdolność rozumienia, uczenia się, to kreatywność może w ogromnym stopniu wspierać te procesy. Wykorzystywanie posiadanej wiedzy i umiejętności w różnych sytuacjach to zadania dla inteligencji, jednak to nic innego jak pomysłowość, czyli kreatywne myślenie.

Najlepsze jest to, że kreatywność można wyuczyć, nabyć, rozwijać, a tym samym stawać się bardziej inteligentnym człowiekiem.

Tak, wiem na pewno, że muszę wspierać kreatywność u mojego dziecka. Wiele dzięki niej zyska w życiu. Pomysłowy człowiek rozwiązuje problemy szybciej, ponadto do skutku poszukuje jak najlepszych rozwiązań. Tak jak osoba bardzo inteligentna odnajduje się w różnych sytuacjach, jest świetnym obserwatorem i szybko wyciąga wnioski.

Poza tym nie jest ofiarą. Zdaje sobie sprawę, że zawsze jest wyjście z sytuacji problemowej i działa. Nie czeka biernie, aż samo się posprząta rozlane mleko.

 

A gdyby tak należeć do klasy kreatywnej…?

Osoby pracujące w przyszłości jako twórcy będą należeć do tak zwanej klasy kreatywnej. 

Wśród  niej wyróżnia się dwa segmenty. Pierwszy tworzą osoby wykonujące zawody inżynieria, programisty komputerowego, ludzie zajmujący się pracami badawczo-rozwojowymi, edukacją, jak również osoby związane ze sztuką, projektowaniem i mediami. Drugi segment dotyczy „twórczych profesjonalistów”, czyli są to konwencjonalni pracownicy o gruntownym przygotowaniu naukowym, którzy działają w sektorach takich jak służba zdrowia, biznes, finanse, prawo i edukacja. Ich zadaniem jest rozwiązywanie konkretnych problemów, wykorzystując rozległą wiedzą nabytą podczas studiów.

Jak widać bardzo wiele zawodów wymaga kreatywności i osiągnięcie w nich sukcesu w dużym stopniu z pewnością od pomysłowości zależy.

Niektóre zawody z wymaganą kreatywnością to:

  • wszystkie zawody związane z projektowaniem jak: architekt, projektant wnętrz, ubioru, twórca rękodzieła, grafik komputerowy, pracownik agencji reklamowych,
  • biznesmen,
  • bloger, 
  • nauczyciel,
  • naukowiec,
  • lekarz,
  • prawnik,
  • kosmetyczka,
  • choreograf,
  • fryzjer.

Możliwość należenia do klasy kreatywnej jest niezwykle cenna ponieważ polega na pracy zwykle związanej z pasją, wręcz bywa stylem życia pracownika. Kwestie finansowe są dla tych osób sprawą drugorzędną. Mają także wolność wyboru odnośnie miejsca pracy i zamieszkania ponieważ coraz częściej tworzenie treści może być wykonywane zdalnie.

Kto nie chciałby tak żyć…? 

Mimo że w Polsce nadal najliczniejszą klasą jest robotnicza, to coraz bardziej zbliżamy się do zachodnich krajów pod względem wykorzystania oraz wynagradzania klasy kreatywnej, dlatego warto będzie należeć do tego środowiska w przyszłości. 

Kiedy firmy zaczną więcej inwestować w najzdolniejszych pracowników zamiast pakować całe budżety w nowoczesne technologie, być może wielkość klas pracowniczych w Polsce się zmieni i kreatywność zatriumfuje.  

Najważniejsze czego potrzebuje człowiek kreatywny to nie bać się  porażki.

Dzieci zakładające z góry niepowodzenie wcale nie podejmują działania. Boją się wychylać z pomysłem, czy innym zdaniem w obawie przed wyśmianiem i negatywnym ocenianiem ze strony innych.

Jak rozwijać kreatywność?

To ważne, by rodzic wykorzystał swoje możliwości, aby pomóc dziecku stać się kreatywnym człowiekiem.

W domu można razem próbować rozwiązywać różne sytuacje problemowe, robiąc burze mózgów. Dając każdemu szanse wykazania się jakimś pomysłem. Oczywiście nie wszystkie pomysły będą dobre i z tym także trzeba umieć oswoić dziecko, by nie zniechęcało się do poszukiwania lepszych.

Sami możemy opowiadać dzieciom, co nam się przydarzyło, jak sobie wtedy poradziliśmy i nie tylko mówić o sytuacjach, gdy genialnie wprost załatwiliśmy sprawę. Wspominać możemy także o tych momentach, gdy się wygłupiliśmy i mamy z tego teraz niezły ubaw! Pokażemy w ten sposób, że każdemu przytrafiają się wpadki i nie ma w tym nic złego. Wręcz przeciwnie!

Ocenianie swoich pomysłów w rodzinnym gronie poprzez konkretne uzasadnianie, co w jest z nich nie tak, lub dlaczego akurat ten pomysł nam się podoba, może nauczyć dziecko ważnej umiejętności.

Ponieważ dzieci w szkole robią sobie często na złość. Negują czyjś pomysł słowami: „bo tak” lub żeby to ich własny został uznany za najlepszy. Fajnie by było, gdyby ktoś poprosił takiego delikwenta o wyjaśnienie ”a dlaczego nie podoba ci się mój pomysł?”. To nic innego jak asertywność, której tak często potrzebuje człowiek na co dzień. Dzięki takim sytuacjom dzieciak nauczy się, że warto grzecznie walczyć o swoje. A jeżeli argumenty przeciwnika będą trafne ze spokojem powinien przyznać mu rację.

 

Kreatywność rozwija się także poprzez tworzenie.

Kolorowanki skłaniają do wysiłku polegającego na doborze odpowiednich kolorów, ponieważ kształty są już narysowane. Dziecko może biernie wypełniać je kolorami. Najskuteczniej rozwinie kreatywność biała karta i kredki i nic konkretnego do narysowania. Cokolwiek obrazek będzie przedstawiał z pewnością podobieństwo do wielu będzie zaskakujące! I skłaniające do dalszych prób.

“Nie wiem co mam narysować…” Dzieci doskonale widzą, że ich rysunki są dalekie od ideałów. Piesek przypomina bardziej odkurzacz, a wąż makaron. Nasze zachwyty są niepotrzebne, ponieważ dziecko wyczuwa nieszczerość w naszych pochwałach. Zniechęca się do dalszego tworzenia.

 

Narysuj to, co masz w głowie – pierwsze zetknięcie z abstrakcją.

Dziecko może wtedy bazgrać w nieskończoność, wykorzystując wszystkie kolory, bo nie musi z niczym porównywać swojej pracy. Może być dumne z efektu. A my możemy dostrzec równe linie i ciekawe połączenia kolorystyczne. Taka ocena dziecko w pełni zadowoli. 

Poza rysowaniem dzieci mogą także próbować swoich sił w innych technikach plastycznych. Takich jak lepienie z plasteliny, malowanie farbami lub wycinanie kształtów z kolorowych papierów. Ważne, by same decydowały o temacie swojej pracy. Lub całkiem go zignorowały.

Jak rozwijać kreatywność u maluszka? Zabawy z nim powinny się skupiać na jego inicjatywach. Powinien móc decydować, w co chce się bawić i sam kierować zabawą. My możemy w zabawie uczestniczyć i oczywiście pilnować, aby maluszek się za bardzo nie rozszalał lub nie zrobił sobie krzywdy. Poza tym powinniśmy dać upust jego fantazji nawet, gdy wiąże się to z ogromnym bałaganem.

 

Kreatywność to przede wszystkim tworzenie.

Nie tylko przydatne podczas codziennych zadań i przy rozwiązywaniu problemów, ale najwięcej frajdy da tworzenie czegoś, co można zobaczyć albo usłyszeć. Dla jednych to będzie malowanie, innych gra na instrumencie, budowanie z klocków, szycie, lepienie z modeliny… itp. Kreatywność da największą satysfakcję, gdy robimy coś, co jest naszą pasją, a pomysłowość pozwala nam to robić lepiej, inaczej. Sprawi, że nigdy nie będziemy się nudzić i ciągle odkrywać coś nowego.

Dlatego każde dziecko powinno mieć zainteresowania. Coś, czemu odda się bez reszty. Co będzie sprawiało mu radość i ciężko go będzie oderwać od tego zajęcia (nie mówię o grach komputerowych, chociaż są i takie, przy których trzeba się nieźle nagłówkować i ciężko odejść zanim się nie skończy).

 

“Żeby być wynalazcą, trzeba mieć bujną wyobraźnię i stertę rupieci” – Thomas Edison

Ludzie, którzy w dzieciństwie nie mieli zabawek, ale mieli pomysły dzisiaj są bardzo kreatywnymi osobami. Są oczywiście i teraz dzieci, które nie potrzebują najnowszych zabawek i rzeczy dla dorosłych w wersji mini, bo wiedzą, że można się świetnie bawić bez nich. W domach jest mnóstwo gratów, które często można wykorzystać, jako element zabawy i zamiast je wyrzucać można niektóre przechowywać w ogromnym pudle. Otwierana raz na jakiś czas będzie niczym skrzynia skarbów dla dziecka.

Kupowanie ciągle nowych zabawek, by dziecko zajęło się zabawą nie jest rozsądnym rozwiązaniem. Niedługo po tym jak ją otrzyma i tak powie „nie mam co robić”. Ponieważ mając różdżkę Harrego Pottera może się bawić tylko w Harrego Pottera, a mając patyk może się bawić w co tylko zechce.

 

 

Photo by Victoria Bilsborough on Unsplash


Krótki poradnik o niebezpieczeństwach płynących z czytania dziecku książek.

Nie będę ukrywać, że ta niepozorna czynność na zawsze już odmienia dzieci, a skutki tych zmian mogą być straszne! My, rodzice mamy możliwość nie dopuścić do wystąpienia pewnych zachowań u naszych dzieci i tym samym ułatwić sobie samym nieco życie. Więc przejdę do meritum.

Po pierwsze! Dziecko, któremu czytane są książki od urodzenia nawiąże bardzo bliską więź z czytającym, w późniejszych latach możliwe, że nie będzie chciało się od niego odczepić! Będzie chciało z nim spędzać czas, zwierzać się mu, a nawet prosić o pomoc w razie problemów! I po co nam to? Jest przecież telefon zaufania. Zresztą jak lecą właśnie „Meandry miłości”, to i tak nie bardzo mamy czas na takie głupoty.

Następnie!  Czytając dziecku treści przeznaczone dla niego, zawierające fantastyczne elementy oraz morał, prawdopodobnie dopuścimy do rozbudzania jego wyobraźni, a co za tym idzie kreatywności. Wiadomo ile się z tym wiąże sprzątania…  Ale to jeszcze nic! Nauczymy go poprawnych zachowań moralnych i już nie będzie tak łatwo skłamać teściowej, że właśnie wychodzimy, żeby przyszła innym razem! Dzieciak już nam przypomni, że tak nie wolno!

Słuchanie czytanych książek sprawi także, że dziecko pozna wiele nowych słów. Bardzo wiele! Istnieje ryzyko, że za jakiś czas będzie tak wygadany, że nie damy sobie z nim rady, bo będzie miał lepsze argumenty! Będzie się wysławiał lepiej od nas, używając zdań wielokrotnie złożonych, a w przyszłości słów, których znaczenie cichcem będziemy sprawdzać w Internecie.

Jak czytający za bardzo się wczuje w daną historię, dziecko może pomyśleć, że mu to sprawia przyjemność… a co jeżeli po kilku latach samo sięgnie po książkę!? Jak tyle wspaniałych kolorowych gier czeka na niego w komputerze i bajek w TV? Może też przez to ograniczyć błędy ortograficzne w swojej pisowni, a przecież nie chcemy, żeby nazywali go kujonem!

Ostrożnie także z ustalaniem prezentów od Mikołaja, gdy myślimy, że synek ogląda bajki w telewizji. Już nie ma szans, żeby coś mu umknęło. Słuchanie czytanych książek da mu taką bystrość umysłu, że nie raz nas zaskoczy. Już nic nie będzie jak dawniej…

No i najgorsze. Niestety, ale wraz z nowym słownictwem podczas czytania książek różnego rodzaju, dziecko poznaje mnóstwo faktów, legend, postaci historycznych, praw natury, informacji o krajach, a z tego rodzą się tylko kolejne pytania i kolejne dawki wiadomości. A co potem? Wiadomo… Będzie się nudził w szkole i rozrabiał!  Niech litery poznaje w pierwszej klasie i się nie popisuje!!!

Mam nadzieję, że udało mi się przedstawić najważniejsze niebezpieczeństwa płynące z czytania dzieciom książek, a jest ich znacznie więcej! Proszę wziąć sobie moje ostrzeżenia do serca, bo sprawa jest bardzo poważna!

 

 

Photo by Annie Spratt on Unsplash


Szachy – ekscytująca gra dla każdego.

Nigdy nie ciągnęło mnie, by nauczyć się grać w szachy. Próba zrozumienia zasad poprzez obserwację gry innych tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że wszystko, co tam się robi jest totalnie bez sensu!

Każdy rusza się jak chce, jeden po skosie, drugi prosto i ni stąd ni zowąd szach i mat. Koniec gry, a na planszy jeszcze połowa pionków (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to figury).

Tak widziałam grę w szachy zanim cokolwiek się o niej dowiedziałam, a tak naprawdę zanim dziecko nauczyło mnie jej zasad!

Zajęcia szachowe w szkole.

W 2012 roku odbyło się badanie sprawdzające kompetencje matematyczne i znajomość zagadnień z zakresu nauk przyrodniczych dziesięciolatków. Polscy uczniowie wypadli najgorzej w Europie. Wtedy zrodził się pomysł, aby poprzez zajęcia szachowe poprawić umiejętności uczniów pod pewnym względami.

Nauczyciele zostali przeszkoleni. Wyprodukowano specjalne podręczniki do takich zajęć, a szkoły otrzymały zestawy do gry w szachy. Lekcje były prowadzone w klasach pierwszych, co na początku było dla mnie nieco szokujące. Nie rozumiałam jak, wtedy nawet 6-letnie dzieci miałyby pojąć zasady tak skomplikowanej gry…?

Zajęcia okazały się bardzo przyjemne dla dzieci. Uczyły się tam nazw figur oraz wierszyków, które opisywały ich możliwości ruchów. I tylko tyle potrzeba było, aby zacząć grę w szachy. Najpierw tylko praktykując znajomość nazw figur i ich ruchów później już bardziej kombinując, by jednak zacząć wygrywać.

Gra w szachy nie tylko dla geniuszy.

Ponieważ człowiek o przeciętnym ilorazie inteligencji może znacznie poprawić swoje możliwości umysłowe poprzez regularne rozgrywki na szachownicy, oznacza to, że gra w szachy nie tylko nadaje się dla osób posiadających wybitnie strategiczne umiejętności, ale będzie świetnym treningiem mentalnym także dla tych mniej uzdolnionych.

Gra w szachy nawet w Simsach jest jedną z czynności wpływającą na rozwój myślenia. W rzeczywistości również jest niezwykle rozwijającym sportem. To gra popularna na całym świecie od wielu setek lat.

Szachy tak jak wiele innych sportów uczą pokory, radzenia sobie z porażką oraz cierpliwości.

Poza tym częste partyjki na szachownicy pozwalają także ćwiczyć pamięć oraz rozwijać myślenie abstrakcyjne. Szukanie sposobów na złapanie w zasadzkę króla z pewnością rozwija kreatywność człowieka.

Uważne śledzenie wszystkich figur na szachownicy bezsprzecznie wpływa na bystrość i koncentrację uwagi gracza.

Partia szachów jest niezwykle angażująca. Przez całą rozgrywkę każdy z graczy usilnie próbuje opracować kilka ruchów naprzód, eliminujących kolejne ważne figury przeciwnika, które odsłonią chronionego króla. Taki wysiłek intelektualny, jest bardzo potrzebny dla ludzkiego organizmu, aby móc jak najdłużej zachować dobrą pamięć oraz sprawne myślenie.

Dziecko grające w szachy rozwija swoją pewność siebie, krytyczne myślenie oraz odpowiedzialne podejmowanie decyzji wraz z akceptacją ich konsekwencji.

 

Twórca inteligencji wielorakich o szachach.

Szachy wpływają na rozwój psychiczny, społeczny i ogólny człowieka. Howard Gardner psycholog i autor koncepcji inteligencji wielorakich uważa, że gra w szachy przyczynia się do rozwoju inteligencji u dzieci. Wyróżnia dwie z dziewięciu, których posiadanie daje człowiekowi wiele możliwości, a szachy mają szczególny wpływ na ich rozwój.

Jedną z nich jest inteligencja matematyczna, która odpowiada za myślenie przyczynowo-skutkowe. Rozwinięta tego typu inteligencji pomaga człowiekowi  postrzegać świat poprzez logiczne myślenie oraz ciągi zdarzeń. Wspomaga także kreatywne rozwiązywanie problemów.

Dzieci z rozwiniętą inteligencją matematyczną, szybko rozwiązują zagadki, zwracają uwagę na szczegóły, dostrzegają związki między różnymi zjawiskami oraz potrafią je ze sobą łączyć. Szukają odpowiedzi na pytania drogą dedukcji. Lubią eksperymenty i jasne instrukcje. Są wytrwałe w poszukiwaniu rozwiązań, wykazując się przy tym kreatywnością. 

Druga z nich to inteligencja przestrzenna. Typ postrzegania otoczenia oparty na rozumieniu go dzięki kształtom i wyobrażeniom. Dziecko obdarzone tym rodzajem inteligencji cechuje duża wrażliwość na otaczające przedmioty i wzory.

Osoba z rozwiniętą inteligencją przestrzenną jest świetnym obserwatorem, skutecznie używa wyobraźni, sprawnie odczytuje informacje prezentowane w formie diagramów, schematów lub tabel. Potrafi doskonale aranżować przestrzeń zwracając uwagę na odpowiedni dobór kolorów i faktury. Ma pamięć fotograficzną i świetną orientację w terenie, co ułatwia jej umiejętność szybkiej orientacji z mapą. 

*

Może się wydawać, że zasady są trudne, a gra w szachy jest zwyczajnie nudna. Jednak gdy się zagra po raz pierwszy już nie można doczekać się kolejnej rozgrywki. Szukanie sposobów na dotarcie do króla przeciwnika jest bardzo ekscytujące i daje na pewno dużą przyjemność. Rozgrywka jest zwykle bardzo angażująca, dlatego możemy się dzięki niej nie tylko rozwinąć, ale i zrelaksować.

Warto nauczyć dzieci grać w szachy. Z pewności bardzo szybko uporają się z nazwami figur i zasadami gry. Możliwości umysłowe, jakie rozwija ta gra są bardzo cenne i mogą okazać się przydatne w wielu dziedzinach życia. 

 

 

 

 

 

 


Powinnam raczej napisać gra planszowa, która uczy zarządzania finansami…

Okazało się, że inwestowanie w tej grze to rzeczywiście temat przewodni, jednak przede wszystkim to świetna rozrywka.

Początkowo myślałam, że gra będzie polegała na zadaniach zupełnie niezwiązanych z rzeczywistością zwykłego Kowalskiego, tymczasem jest mu niezwykle bliska. Sytuacje, jakie zdarzają się uczestnikom w grze są całkiem autentyczne (zwłaszcza kwoty, jakie zabierane są od naszej wypłaty) więc wcale nie jest trudno się z grą oswoić, w przeciwieństwie, do realiów… :-/

Cashflow to gra planszowa, której pomysłodawcą jest Robert Kiyosaki, o którym wspominałam w tym artykule. Pisałam tam o sposobach autora na wdrażanie dzieci do zarządzania pieniędzmi, jakie zawarł w książce “Mądre, bogate dziecko”.

Zatem gra jest także stworzona w tym właśnie celu, a także by:

  • nauczyć się myśleć o pieniądzach, jak o środku do zapewnienia bezpiecznej, spokojnej przyszłości;
  • przestać traktować je jako chwilowy polepszacz nastroju, wydając na drogie, niepotrzebne rzeczy;
  • nie myśleć o pieniądzach, jak o przekleństwie, bezustannie narzekając na ich brak.

JAK SIĘ GRA?

Gra składa się z bardzo porządnie wykonanych elementów:

  • twardej planszy,
  • kart: rynek, niespodziewane wydatki, mała transakcja, duża transakcja,
  • 2 kostki,
  • szczury drewniane 6 sztuk,
  • 2 bloki arkuszy: zestawienie finansowe oraz rejestr gotówki,
  • 12 kart zawodów,
  • instrukcja gry.

Ja do tego zestawu dołączyłam już na stałe długopisy ścieralne, ponieważ bardzo często musimy aktualizować swoje przychody oraz zmieniające się wydatki w swoim zestawieniu finansowym. Ciągłe kreślenie bardzo by komplikowało sprawę.

Gra jest przeznaczona dla 4 graczy powyżej 14 (!!!) roku życia. Myślę jednak, że każdy młodszy wielbiciel gry Monopoly da sobie radę, a możliwość użycia kalkulatora jeszcze uatrakcyjni grę!

NO TO GRAMY…

Zaczyna się od wylosowania zawodu.

Przepisuje swoje zarobki oraz koszty na zestawienie finansowe.

Rzuca się kostką i dołącza do wyścigu szczurów.

Każde minięcie lub postój na polu WYPŁATA powoduje przypływ dodatkowych pieniędzy w raporcie gotówki.

Inne odwiedzone pola umożliwiają zakup/sprzedaż nieruchomości, akcji, złota lub udziałów w spółkach. Można też wylecieć z roboty (stoimy dwie kolejki, ale kredyty trzeba spłacać), przekazać 10% swoich oszczędności na cele dobroczynne, skusić się na nieracjonalny, nieprzewidziany wydatek (mając 40 $ wypłaty, udałam się w podróż po winiarniach(!) za 1 tyś$) można … powiększyć rodzinę.

W ten sposób dążymy do wydostania się z wyścigu szczurów (okrągłej części planszy).

Wydostając się z niego po osiągnięciu wyższych przychodów niż kosztów, przechodzimy do kolejnego etapu gry, który podejrzewam, że tak jak w prawdziwym życiu tak i w grze już nie jest tak emocjonujący. Obraca się już wtedy potężnymi sumami pieniędzy, a wygrywa ten, kto jaki pierwszy osiągnie swój cel finansowy.

Gra mimo że wygląda na niezwykle skomplikowaną, nie stanowi większego wyzwania. Jest dość prosta i gra się naprawdę przyjemnie i emocjonująco.

NAJBARDZIEJ PODOBA MI SIĘ W NIEJ TO, ŻE…

Jest realistyczna pod wieloma względami np. możemy pożyczyć pieniądze szwagierce i liczyć się, że nie otrzymamy ich z powrotem. Wydać oszczędności na niepotrzebną rzecz mimo, że wcale jej nie potrzebujemy. Czy nie cieszyć się z pojawiającego się dziecka rujnującego nasze plany inwestycyjne 😉

Uczy pojęć związanych z zarządzaniem finansami. Dzięki instrukcji szybko pojmujemy, czym są aktywa, a co stanowią pasywa. Co daje nam wyższy przepływ gotówki, po co jest nam potrzebny i jak go osiągnąć.

Pokazuje jak różnicować oferty kupna nieruchomości oraz akcji. Na początku nie mamy rozeznania w rynku i kupujemy wszystko, na co wystarcza nam oszczędności, jednak dopiero po “obejrzeniu” większej ilości nieruchomości, mamy wiedzę, która oferta jest korzystna, a którą powinniśmy odrzucić.

Podobnie z akcjami, mając możliwość kupna jednej za 10$ myślimy, że to tanio. Za chwile okazuje się, że można było zaczekać, bo teraz cena to 5$ za sztukę. Ale na tych za 10$ też możemy zarobić, bo może się niedługo trafić karta z informacją, że ceny danej spółki podskoczyły do 40$. Cierpliwość może przynieść korzyści nie tylko w grze…

Gra jest poza tym zabawna i przyjemna. Ciągłe zapisywanie wydatków i zarobków może wydawać się uciążliwe, jednak okazuje się wcale takie nie być nawet dla 8-letniego dziecka.

JEDNAK NIE WSZYSTKO JEST TAKIE REALISTYCZNE…

Wiadomo, gra miała tylko zobrazować, jak wygląda droga wychodzenia z wyścigu szczurów i nie można wymagać za dużo. Jednak są sprawy,  które nieco ułatwiają kroki początkującego inwestora, natomiast w rzeczywistości bardzo je utrudniają.

Kredyt hipoteczny w grze można wziąć zawsze i w zasadzie nic nie kosztuje… Z każdej wypłaty pobierana jest kwota, różni się w zależności od wykonywanego zawodu. Jednak będąc mechanikiem, tej raty jest tylko 200$, a kupując 8 nieruchomości, rata się nie zwiększa…

Kolejna sprawa to cena akcji. Na karcie z możliwością zakupu można odczytać zakres cen w jakich akcja może wystąpić w czasie gry. Gdyby tylko taki zakres przedstawiała każda spółka z WIG 20… Niestety, w rzeczywistości sami musimy prześledzić jej historię, wydarzenia z nią związane, planowane ruchy zarządu, następnie podjąć decyzję o kupnie, zatrzymaniu lub sprzedaży akcji danej spółki.

Nieprzewidziane wydatki w prawdziwym życiu to zazwyczaj zalane mieszkanie, złamana noga, czy awaria silnika w aucie. W grze nieprzewidzianymi wydatkami jest członkostwo w klubie golfowym, wspomniana wcześniej podróż po winiarniach, nagłośnienie do samochodu, skuter śnieżny czy pobyt w kasynie!

Ale może coś w tym jest…;-)

*

Gra nie jest tania (275zł) jednak w pełni warta swojej ceny. Jest bardzo wysokiej jakości, dobrze przemyślana, ładna, edukująca oraz zabawna.

Wypełniając raport gotówki po każdym wydatku lub zarobku, ma się obraz własnych finansów, który pozwala podejmować zwykle trafne decyzje. Być może stosowanie tego rozwiązania na co dzień, w prawdziwym życiu, pomogłoby uświadomić sobie jak wygląda nasz cashflow i zrezygnować z wydatków, które zwyczajnie nie powinny mieć miejsca.

Możliwość inwestowania bez strachu o bankructwo, czy popadnięcie w długi daje nam szansę przetestowania różnych rozwiązań dających nową wiedzę i doświadczenie.

Najważniejsze to jednak mieć rozeznanie rynku. Tego uczy gra. Jeżeli chcemy pomnażać oszczędności musimy mieć wiedzę, jak to zrobić, by dzięki temu ograniczyć ryzyko porażki.

Zachęca także, do poznania prawdziwego rynku nieruchomości, rozpoczęcia interesowania się cenami i zdobycia wiedzy związanej z inwestowaniem na giełdzie.

Grając dłużej niż zakłada producent (60-180min) możemy wywnioskować, czego musimy się nauczyć, by zacząć inwestować.

KAŻDE DZIECKO POWINNO ZAGRAĆ W CACHFLOW

O ile sytuacje z gry, jak problemy wynikające z pożyczania pieniędzy w rodzinie, czy kupowanie drogich rzeczy, gdy ma się już debet na karcie, są dobrze znane większości dorosłym, o tyle dziecko może być wstrząśnięte takim postępowaniem. Może także zobaczyć, jak wielkim obciążeniem dla budżetu domowego jest pożyczka, za to docenić przydatność kredytu hipotecznego w celach inwestycyjnych.

Zaczyna rozumieć, że nigdy nie ma gwarancji, że “przyjaciel” pieniądze odda, a zbędne wydatki w sytuacji, gdy raport finansowy jest nienajlepszy w ogóle nie powinny wchodzić w grę.

Może gdybyśmy na co dzień trzymali taki raport przed sobą, udałoby się zrezygnować z wielu niepotrzebnych wydatków.

Kiedyś na pewno odważę się i zacznę inwestować pieniądze, jednak najbardziej zależy mi, aby mój syn zdobył odpowiednią wiedzę o powiększaniu oszczędności i skutecznie ją wykorzystywał w życiu, a gra CASHFLOW  z pewnością mu w tym pomoże.


Kto lubi być kontrolowany?

Chyba nikt nie lubi. Niestety pewne osoby nie umieją sobie poradzić bez kontroli.

Tymi osobami są często dzieci, zdarzają się także dorośli, którzy z góry zakładają, że ich działania są skazane na porażkę. Uważają, że tylko dzięki wskazówkom, a najlepiej pod okiem kogoś mądrzejszego od siebie, poradzą sobie.

Czy chcemy, żeby takimi osobami były nasze dzieci?

Kontrolowanie dziecka – na czym polega, a na czym powinno polegać.

Dzieci są przez nas kontrolowane od urodzenia do późnych lat dorosłości, oczywiście w zależności na ile nam pozwolą.

W niemowlęctwie to my kontrolujemy sen i przyjmowane posiłki dziecka, później to, czym się bawi, gdzie się bawi, z kim się bawi. W wieku szkolnym czuwamy nad tym, aby dziecko miało odrobione lekcje, zapewniony prawidłowy rozwój fizyczny oraz mentalny. Starszy wiek dziecka zmusza nas do sprawdzania jego stopni oraz obecności w szkole, a także by zainteresować się środowiskiem, w jakim się obraca.

To są konieczne działania, jakie rodzic bezwzględnie powinien kontrolować. Dlatego jeżeli ktoś twierdzi, że kontrola rodzicielska to zło – ja się z nim nie zgodzę. Dopiero nadmierna kontrola jest niebezpieczeństwem.

Pilnowanie, aby dziecko nie było głodne, wysypiało się, czy rozwijało swoje zdolności jest obowiązkiem rodzica. Jednak do żadnej z tych czynności nie można zmuszać dziecka. Rodzic powinien tylko starać się sprawić, by jedzenie, spanie czy rozwój stało się czynnością tak oczywistą i konieczną, jak mycie zębów.

Czuwanie nad tymi sferami życia dziecka jest bardzo ważną rolą rodzica. Ma on prawo wyrazić swój sprzeciw, jeżeli dziecko zbyt długo gra na komputerze, może także odmówić mu słodyczy, gdy dziecko nie zjadło obiadu. To kontrolowanie dziecka polegające na przekazywaniu ważnych informacji, niezbędnych do jego prawidłowego funkcjonowania. Ogólnych zasad, do których każdy powinien się stosować.

Dziecko, gdyby mu na to pozwolić, cały dzień jadłoby chipsy i grało na tablecie. Rodzic, który dba o jego rozwój nie może do tego dopuścić. Musi kontrolować takie sytuacje, aby zapewnić dziecku szczęśliwe dzieciństwo, zdrowie i dobre samopoczucie na co dzień.

Nadmierna kontrola

Kontrola sama w sobie jest jednym z elementów dobrej opieki nad dzieckiem. Jednak wraz z wiekiem i nabywanym na przestrzeni lat doświadczeniem kontrolowanie powinno ulegać stopniowym redukcjom.

Bardzo wiele sytuacji, dotąd kontrolowanych przez rodziców, można przekazać we władanie dziecku. To bardzo istotny szczegół na drodze jego dorastania.

Ciągłe sprawdzanie, przypominanie i kierowanie zachowaniem dziecka może nieść za sobą poważne konsekwencje.

Nadmierna kontrola ze strony rodzica zabija w dziecku spontaniczność i radość z życia.

W tym artykule pisałam o kilku zachowaniach dzieci, które moglibyśmy naśladować. Okazuje się jednak, że zamiast robić to samemu, zdarza nam się jeszcze ograniczać w tym dzieci.

Zabraniamy dzieciom śmiać się głośno, bo tak nie wypada. Każemy jeść dużo, bo nie urosną. Nie pozwalamy biegać, bo się spocą. Przypominamy, by się nie garbiły, gdy siedzą. Grozimy konsekwencjami, gdy dziecko nie zachowuje się tak, jak sobie tego życzymy. 

To ograniczanie dzieci jest formą kontroli nad ich życiem, która ma sprawić, że zaczną zachowywać się tak, jak my tego chcemy.

Efektem nadmiernej kontroli może być miłość warunkowa, o której można poczytać tutaj. Nagradzając dziecko swoją życzliwością, uśmiechem i bliskością, gdy zachowuje się tak, jak tego oczekujemy, natomiast izolując w tych “gorszych” chwilach uczymy je, że tylko pod pewnymi warunkami je kochamy i akceptujemy. Dziecko może to tak odbierać mimo że wcale nie chcemy, by tak to było postrzegane.

Nadmierna kontrola rodzica wiąże się z bezwzględnym posłuszeństwem dziecka.

Pora o której dziecko ma wrócić do domu. Ilość i jakość zjadanych posiłków. Ubranie do szkoły. Plan dnia.

Rodzic nadmiernie pilnujący, by wszystkie zadania dziecka odbywały się według ustalonych przez niego zasad, chce swoim zachowaniem doprowadzić do jego bezwzględnego posłuszeństwa. Czy na pewno “posłuszne” to właśnie ta cecha, na której powinno zależeć dobremu rodzicowi?

Dziecko wie, że nic rodzicowi nie umknie, a każdy nieodpowiedni ruch będzie wiązał się z konsekwencjami. Ma wtedy dwa wyjścia. Wykonywać bezdyskusyjnie narzucone obowiązki i przestrzegać wytycznych lub znaleźć sposób, by ich unikać bez ponoszenia konsekwencji.

Nadmierna kontrola rodzica to w efekcie nadmierna uległość dziecka lub jego bunt przeciw całemu światu.

Kontrolowanie zachowań dziecka w bardzo stanowczy sposób, może doprowadzić do stanu, w którym dziecko stanie się uległe. Brak wiary we własne możliwości znacznie ograniczy w wielu sferach zachowanie dziecka. Problemem mogą stać się relacje z innymi. Może doprowadzić to także do braku odwagi oraz ograniczonej kreatywności. Każdy krok będzie dla niego trudny do wykonania. Oczekując wskazówek lub nawet wyręczania, ciężko będzie mu podejmować i próbować osiągać jakiekolwiek cele.

Bunt z kolei może być reakcją na długotrwałe tłumienie własnych potrzeb, poglądów oraz chęci podejmowania samodzielnych decyzji. Narastająca latami złość spowodowana ciągłym podporządkowywaniem się doprowadzi w pewnym momencie do bitwy, a nawet wojny o władzę. Jednak nie na tym polega rodzicielstwo, jak i dzieciństwo, by walczyć ze sobą. Żadna ze stron nie wyjdzie z tego zwycięsko.

Trzeba dać dziecku poczucie wolności i niezależności.

Istnieje jeden najważniejszy powód dla którego dziecko musi być pozbawione kontroli w pewnych sytuacjach. Zaufanie. Choćbyśmy go nie mieli za grosz do naszego dziecka, musimy niekiedy pokazać mu, że jednak je mamy. Jednak dopiero rezygnując z kontrolowania życia dziecka obdarzamy go zaufaniem, które zobowiązuje.

Przed nadmierną kontrolą dziecko w pewnym momencie chce się bronić, uciekać, a zaufaniem może się szczycić i zechce postępować tak, by ponownie na nie zasłużyć.

Bardzo trudno zaufać nastolatkowi. Jednak powinniśmy. Bunt nastolatka może w ogóle się nie wydarzyć, gdy nie będzie miał się przeciw czemu buntować. Ograniczenia muszą być, mamy prawo i obowiązek kontrolować najważniejsze kwestie dotyczące życia naszego dziecka. Ale ono także ma prawo mieć swoje sprawy, nad którymi my nie powinniśmy mieć kontroli.

Istnieje duża szansa, że dziecko wychowywane w rodzinie dbającej o prawa każdego domownika będzie odpowiedzialnym i niezależnym człowiekiem w przyszłości. Dzieci, które posłusznie wykonują każde zadanie będą takie przez całe życie. Będą się ciągle podporządkowywały, nie zważając na to co czują i myślą. Będą po prostu nieszczęśliwymi ludźmi.

Rodzic, któremu zależy na dobrych stosunkach z dzieckiem, a nie na jego bezwzględnym posłuszeństwie musi ograniczyć kontrolowanie go. Korespondencja prywatna to rzecz święta, dziecko ma prawo mieć swoje tajemnice, ma prawo decydować o sobie w różnych kwestiach, wyrażać swoje zdanie na dany temat, zachować się głupio czy nierozsądnie i ponieść tego konsekwencje.

Dopóki rodzic nie będzie w stanie tego zaakceptować, do tego czasu jego relacje z dzieckiem będą bardzo trudne.

 


Najczęstszym sposobem skłonienia dziecka do wykonania jakiegokolwiek zadania jest rozkaz:

Idź wyrzuć śmieci! Umyj zęby! Posprzątaj to, co nabrudziłeś! Przynieś te rzeczy z kuchni!

Lub przestroga połączona z pretensją:

Jak nie będziesz mył zębów, to wszystkie będą cię straszliwie bolały, ale wtedy już będzie za późno, teraz masz jeszcze szansę się przed tym uchronić.

Tyle razy ci przypominam, żebyś odkładał na miejsce swoje rzeczy!

Ile razy mam ci mówić, żebyś kurtkę zaczepiał na wieszak…?

Ostatni raz zwracam ci uwagę na ten bałagan! I pamiętaj, jak nie posprzątasz w pokoju, nie będziesz mógł zapraszać kolegów!

 

Wiele osób uważa, że tylko stałym przypominaniem o niewykonanych obowiązkach dziecko zakoduje sobie w głowie przesłanie rodzica i niczym robot pewnego dnia przeprogramuje się z bałaganiarza na porządnickiego.

Ale to nieprawda.

Częste upominanie, by dziecko wykonywało należycie swoje obowiązki, lub w ogóle je wykonywało, czy pomagało w pracach domowych, wcale nie sprawi, że stanie się on w ciągu kilku miesięcy wzorem czystości.

Nawet po latach takiego ciągłego przypominania o pozostawionych rzeczach, niesprzątniętych zeszytach, nieumytych zębach, jest duże prawdopodobieństwo, że gdy tylko opuści dom rodzinny stanie się niechlujnym bałaganiarzem.

Będzie już wtedy wolny od ciągłych upomnień i przestanie robić to, czego tak bardzo nie znosił. Nie znosił, bo sprawiały, że czuł się nieważny, za to najważniejsze było to, czy umył zęby, spakował plecak, opłukał wannę po kąpieli…

Dla dziecka te czynności nie mają żadnej wartości. Coś innego zaprząta wtedy jego myśli.

A ciągłe reprymendy o niewykonane zadania pokazują dziecku, że rodzic jest kimś od kogo trzeba się jak najszybciej uwolnić. Kimś, kto nie zwraca uwagi na niego, ale na czynności jakie wykonuje.

Tymi upomnieniami na siłę ściągamy dziecko na Ziemię, a może w tym czasie w jego głowie powstawały jakieś genialne pomysły…?

Nie twierdzę, że należy dać dziecku wolną rękę, by samo mogło zdecydować, czy chce myć zęby lub mieć porządek w pokoju.

Zadaniem rodzica jest mobilizować dziecko do podejmowania tego typu działań. Pokazać, że są obowiązki, które ktoś musi wykonać, że bałagan sam się nie sprząta.

Powinniśmy zatem włączyć dziecko do prac domowych i dać szansę poczuć mu satysfakcję z wykonanej pracy, a nie tylko złości z odwalenia przykrego obowiązku.

Oto kilka sposobów na zachęcenie dziecka do wykonywania codziennych czynności:

 

  1. Zamiast rozkazu opis sytuacji.

 

Chyba twoje zęby nie są zbyt czyste…

Nieprzyjemnie jest w twoim pokoju.

Twoje ćwiczenia są w kuchni, a zeszyty w salonie…

Nie słyszałam odkręcanej wody w kranie po tym jak skorzystałeś z toalety…

 

Takie uwagi są oczywiście niewinną manipulacją i mają za zadanie wywołać u dziecka myśl, którą tak naprawdę chcielibyśmy sami dosadnie wyrzucić z siebie w jego kierunku.

 

Co sobie pomyśli dziecko, gdy usłyszy taki opis:

 

Chyba twoje zęby nie są zbyt czyste…  

– MUSZĘ UMYĆ ZĘBY.

Nieprzyjemnie jest w twoim pokoju.    

– TO PEWNIE PRZEZ TEN BAŁAGAN. POSPRZĄTAM TU TROCHĘ.

Twoje ćwiczenia są w kuchni, a zeszyty w salonie…

– MUSZĘ SIĘ SPAKOWAĆ DO PLECAKA.

Nie słyszałam odkręcanej wody w kranie po tym jak skorzystałeś z toalety…

-ZAPOMNIAŁEM UMYĆ RĘCE

 

Dziecko samo wpadnie na pomysł wykonania tych wszystkich czynności, a brak zniechęcenia, a nawet złości sprawi, że być może kwestią czasu będzie robienie tego wszystkiego bez naszych reakcji w formie opisów rzeczywistości.

Pominięcie drobnego elementu takiego jak kazanie lub niemiły przytyk spowoduje, że dziecko nie będzie tak wrogo i niechętnie nastawione do danej czynności, ponieważ samo zauważy konieczność jej wykonania.

Nie zostanie zmuszony do podporządkowania się, czego dzieci bardzo nie lubią i często buntują się przeciwko temu bez konkretnego powodu, a tylko po to, by zawalczyć o odrobinę niezależności.

 

  1. Pozwolić, by dziecko mogło wybrać mniejsze zło

 

Sposób wpływania na zachowanie dziecka dając mu wybór jest użyteczny w wielu sytuacjach. Tu jednak możemy zastosować skłonienie dziecka do wykonania jakiegoś zadania, mając do wyboru lepszą i gorszą opcję.

 

Zamiast: „Idź odrób lekcje” można powiedzieć: „Chcesz chwilę odpocząć czy od razu odrobisz lekcje?”

 

Wyniesiesz śmieci teraz czy wieczorem?

Posprzątasz pokój w piątek czy wolisz w sobotę?

 

Dziecko poczuje wręcz ulgę, gdy zda sobie sprawę, że może zrezygnować z czegoś, i to gorszego. Jest szansa, że z przyjemnością wykona to, co wybrało.

 

  1. Gdy wykona zadanie, ale niedbale?

 

Nie możemy chwalić każdego wykonanego zadania tylko dlatego, żeby dziecko chętniej wykonywało je w przyszłości. To tak nie działa. Sprawi tylko, że będzie je wykonywało, jeżeli będzie się spodziewało pochwały.

Nam powinno zależeć na mobilizacji dziecka, ale jednocześnie uzmysłowienie mu, że to normalne działania, jakie każdy człowiek musi wykonywać i nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, za co należy się medal.

Nie możemy też przemilczeć, gdy zauważymy, że zadanie nie zostało wykonane należycie. Dziecko samo z pewnością o tym wie, więc i my nie powinniśmy udawać, że jest inaczej.

 

Musiałeś się nieźle namęczyć z tym bałaganem, jak zetrzesz kurz z parapetu będziesz już miał błysk w pokoju.

Ale masz cierpliwość, poukładałeś tyle rzeczy! Gdy dokończysz układanie tych, co leżą na drugiej półce, już nigdy nie będziesz miał problemów ze znalezieniem ulubionej zabawki.

Szybko ci poszło z odrabianiem lekcji, jeszcze tylko pakowanie i będziesz miał wolne całe popołudnie.

 

Ocena sytuacji z punktu 1, ale z subtelną uwagą, na temat tego, co jeszcze można by zrobić, aby zadanie zostało wykonane tak jak powinno.

Dziecko nie poczuje się dotknięte takimi słowami, nie zniechęci się także do dalszej pracy.

Wystarczy zauważyć to, czego dziecko dokonało, bez wielkich słów i niepotrzebnych zachwytów, wspominając o tym, co lub jak mógłby zrobić, aby był usatysfakcjonowany wykonaniem zadania w stu procentach.

 

  1. Obowiązki nie na serio

 

Mały żarcik potrafi rozładować naprawdę poważną atmosferę. Dzieci uwielbiają, gdy rodzice żartują i wygłupiają się.

Ton rozkazujący od razu budzi sprzeciw i niechęć wobec wykonania zadania, żarty i wygłupy mogą sprawić, że dziecko nawet nie poczuje, że robi coś nieprzyjemnego lub nudnego.

Pozytywne nastawienie wywołuje pozytywną współpracę.

Jak się świetnie bawić przy pracach domowych?

Mówić o zadaniach do wykonania na opak lub w śmieszny sposób je nazywając.

Wieszać pranie na wyścigi.

Zakupy na zawody, kto zapamięta więcej produktów z listy.

Zmianę pościeli może zapoczątkować bitwą na poduszki.

Układanie butów w szafie na czas.

Prace domowe oraz przydomowe mogą być często świetnym pretekstem do rozmów. Czasami jak się zagadamy, to nie zdajemy sobie sprawy z upływającego czasu. Dziecko może być zaskoczone, że wykonało tyle pracy, samo nawet nie wie kiedy…

 

  1. Jak nie chcesz to nie musisz tego robić.

 

Ostatni sposób na skłonienie dziecka do wykonania tego, co powinno to… pozwolić mu nie robić tego, lub zaproponować wykonanie go później.

 

Spakuj się jak skończysz obrabiać lekcje, to będziesz już miał wolne do wieczora.

-Nie, wieczorem to zrobię.

Ok. Możesz i wieczorem.

– To jednak teraz.

 

Gdy dziecko ma możliwość podjęcia samodzielnej decyzji dotyczącej jego życia, daje mu to pewność siebie i poczucie odpowiedzialności. Chce stanąć na wysokości zadania i zachować się adekwatnie do zaufania jakim zostało obdarzone przez rodzica w tej kwestii.

Pokazuje jednocześnie, że jest już na tyle duże, że warto mu powierzać podejmowanie decyzji w wielu sprawach.

Zyskują obie strony.

 

*

 

Zdaję sobie sprawę, że sprzątanie, malowanie płotu czy sadzenie roślin z dzieckiem to podwójna praca. Lepiej pewne czynności wykonać samemu niż sprzątać jeszcze po dziecku.

Jednak nie rozkazami ani kazaniami sprawimy, że nasze dziecko będzie posiadało choć odrobinę chęci do wykonywania zwyczajnych, codziennych obowiązków lecz swoim przykładem oraz momentami, które sprawią, że dziecko będzie pozytywnie kojarzyło daną czynność.

Być może nastąpi taki dzień, że dziecko samo zacznie wykonywać wszystkie te „obowiązkowe” czynności, bez przypominania, bo zauważy, że nie ma w tym nic strasznego i przykrego.

Rodzice mają kilka możliwości, by przestać prawić kazania i straszyć konsekwencjami swoje dzieci i powinni je wykorzystać dla korzyści, jakimi będą wspaniałe relacje z dziećmi.

 

 

Photo by Abigail Keenan on Unsplash

Może Ci także zainteresować:

Copyrights

Strona powstała dzięki dofinansowaniu z Unii Europejskiej i i Europejskiego Funduszu Społecznego na rozwój przedsiębiorczości w ramach projektu „ Czas na działanie! Czas na własną firmę!” nr RPLU.09.03.00-06-0044/16 realizowanego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Lubelskiego na lata 2014 – 2020 OŚ Priorytetowa 9 Rynek pracy, Działanie 9.3 Rozwój przedsiębiorczości